piątek, 21 lutego 2014

Gdy nie ma rodzica...

Od pięciu miesięcy jesteśmy w dość nietypowej sytuacji - nie ma przy nas taty Krasnala. Każdy kij ma dwa końce, każda sytuacja ma swoje dobre i złe strony. 
Wyjazd jednego z rodziców na dłuższy okres, zdarza się w ostatnich czasach bardzo często. Dziecko nie jest w stanie widywać mamy/taty codziennie, a godziny zabawy każdego dnia, musi zastąpić mu niekiedy bardzo krótka rozmowa z rodzicem przez telefon. Obecnie znajdujemy się w takiej właśnie sytuacji. 
Od września wychowuję Krasnala sama, tata pojawiał się raz na miesiąc, na jeden weekend. Już nie mogę powiedzieć, że 'zajmuję się dzieckiem', bo dzieckiem zajmować się można do momentu, kiedy ono zacznie rozumieć większość tego, co wokół się dzieje. Kaj odkąd nauczył się chodzić, jest bardzo kontaktowym dzieckiem. Niczego się nie boi, jest bardzo otwarty i ciekawy świata. Jednak dopiero niedługo przed swoimi drugimi urodzinami, zaczął pojmować i rozumieć słowa oraz polecenia, które do Niego kierowałam. Dopiero wtedy, mniej więcej od września 2013r., zaczęło się takie prawdziwe wychowywanie dziecka. Wychowywanie polegające na tłumaczeniu co jest dobre, a co złe. Wychowanie polegające na wyznaczeniu dziecku granic, na pokazaniu możliwości, wychowanie polegające na zapoznawaniu dziecka z otaczającym go światem, na uczeniu codziennych czynności.
Nie jest to łatwe, gdy działa się w pojedynkę. Często nie starcza cierpliwości, bo Krasnal jest nad wyraz energiczny i każdą nowo poznaną czynność chciałby powtarzać w nieskończoność, nawet gdy nie mamy na to czasu albo po prostu nowo nabyta umiejętność nie została opanowana do perfekcji, a matka-wariatka uważa, że Krasnal jest na tyle duży, że po kilkukrotnym pokazaniu powinien zrozumieć o co chodzi. Czasami oboje potrzebujemy więcej czasu - ja na zrozumienie, że dziecko nie jest chodzącym ideałem, a Kaj na doskonalenie tego, co już umie.
Przykro jest, gdy na rozwój dziecka patrzy się samemu. Smutne miałam oczy, gdy sama uczyłam Kaja załatwiania na nocnik, następnie na toaletę i obserwowałam postępy. Przykro mi, gdy codziennie słyszę nowe słowa wypowiedziane przez malutką buziunię, gdy zdaję sobie sprawę, że moje dziecko zaczyna składać zdania, jeszcze niezbyt wyraźne, ale można się z Nim porozumieć. Dziś nie zatrzymałam łez, gdy usłyszałam "tata"! Nie 'kaka', jak było do tej pory, a pięknie wypowiedziane tata. Nie było przy nas tego, dla którego te słowa są najważniejsze. Cholernie kłujące uczucie.
Wiem, że pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć. Wiem, że dziecku nie wystarczy miłość, aby przeżyć. Wiem, że jestem dumna z męża i z tego co robi. Wiem również, że pełno we mnie złości, bo kto mądry wysyła człowieka, mającego rodzinę, małe dziecko, na drugi koniec Polski, skoro ma bliżej dwie inne placówki, w których szkolenie mogłoby się odbyć. Nasze państwo jest dziwne, prawo też...
Tak wiele umyka mojemu mężowi z życia syna. Jest tego świadomy i oboje nad tym ubolewamy. Krasnalowi na pewno też brakuje obecności taty, bo do każdego mężczyzny lgnie, jak rzep do ubrania. Obaj są bardzo zżyci, więc to ciężki okres, który wpływa na psychikę każdego z nas. Na szczęście został ostatni miesiąc. Za równe pięć tygodni K. kończy kurs i zaczyna "normalną" pracę. Nadrobimy wszystkie zaległości.
Skreślam dni w kalendarzu. Tak niewiele ich zostało do tego, abyśmy znów byli pełną rodziną, a Krasnal miał swój wzór do naśladowania. Niestety, matka, która się maluje i robi tysiąc innych babskich czynności, nie jest kimś, kogo syn powinien naśladować. ;) Chłop ma być, a nie zniewieściały móżdżek. -.-



A miesiąc temu, gdy widzieliśmy się ostatni raz było tak :


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz