Jestem zwykłą kobietą. Mam męża, syna, rodzinę, marzenia. Jestem zdrowa, pełno we mnie pasji do samorealizacji i wiary w to, że kiedyś będzie nam słońce świeciło każdego dnia. Czasem płaczę, bo nie umiem kierować swych kroków w odpowiednią drogę. Upadam boleśnie. Próbuję się podnieść. Udaje się. Czasami wolniej, czasami szybciej, ale w końcu staję na nogi i śmieję się do losu, bo znów mu się nie udało mnie pokonać. Walczę o siebie, o Niego i o Niego też. O siebie chyba najbardziej, bo to kobieta jest filarem podtrzymującym rodzinę i to od niej zależy, jak jej własna rodzina będzie wyglądała. Staram się być dobra. Dobra dla męża, dobra dla syna. Jednak dla siebie nie jestem wystarczająco dobra. Zbyt wiele zmartwień we mnie, zbyt wiele strachu i niepewności. Nie potrafię cieszyć się tym, co jest, tym, co mam. Każdego dnia zakładam maskę. Każdego dnia walczę ze sobą i czarnymi myślami, panoszącymi się w mojej głowie. Chciałabym uwierzyć, że nic nie stoi nam na przeszkodzie w realizacji celów. Możliwości mamy. Dachu nad głową nam nie zabraknie, bo gdy z jednego domu przyjdzie nam się wyprowadzić, drugi będzie dla nas. Poza tym dom to nie miejsce, a stan. Dom to ludzie, którzy mnie otaczają. Dom to osoby, które są dla mnie ważne. Dom to ramiona męża i czuły buziak syna.
Dom to uczucie spokoju. Chcę do niego dążyć. Za wszelką cenę chcę zdobyć spokój. Otwieram się. Otwieram się na otaczający mnie świat, na ludzi, ale nie na tych, którzy są częścią mojej codzienności. Otwieram się na ludzi, których nie znam, których punkt widzenia zmienia mnie i pozwala poznać coś, czego do tej pory poznać nie mogłam. Każdy człowiek doświadcza życia. Każdy to życie inne ma. Każdy chce przekazać mi to, co dla niego jest najcenniejsze - uczucie miłości. Każdy robi to na inny sposób. W końcu dla każdego miłość inny ma smak.
A ja wybieram, weryfikuję, dopasowuję do siebie i do swojego życia.
A ja wybieram, weryfikuję, dopasowuję do siebie i do swojego życia.
Nie mam własnego domu, nawet mieszkania nie. Oszczędności na bankowym koncie nie przekraczają dziesięciu tysięcy. Nie mam drogiego samochodu, nie stać mnie na wakacje nad polskim morzem, nie mówiąc o zagranicznych. Na kolacje w restauracjach pozwolić sobie nie mogę. O comiesięcznych zakupach zapomnieć trzeba. Pieniądze raz są, raz ich nie ma - rzecz nabyta.
Ale mam męża, który trwa przy mnie i przy naszym dziecku.
Mam syna, zdrowego, silnego, żywego, gadułę straszną.
Mam zdrowie i siłę.
Mam możliwość dążyć do realizacji swoich marzeń powoli, bez zbędnego pośpiechu.
Mam czas.
Mam życie.
Mam nic, a zarazem wszystko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz