Gdyby ktoś tydzień temu powiedział mi, że zostawianie Kajetana samego w przedszkolu przyniesie nam jakiekolwiek problemy i zmartwienia, wyśmiałabym. Przecież moje dziecko zawsze było otwarte, odważne, chętne do zabawy z innymi dziećmi, szybko nawiązywało kontakty z innymi ludźmi. Więc niby jakie problemy mielibyśmy mieć z racji Jego pójścia do przedszkola?
Moje wyobrażenia o dumnym, zadowolonym z nowego doświadczenia przedszkolaku prysły jednak jak bańka mydlana zaraz po dwóch pierwszych samotnie (wcale nie takich strasznych) spędzonych dniach w nowych warunkach i weekendzie. Początek tygodnia przyniósł nam coś, czego w ogóle się nie spodziewaliśmy - przedszkole stało się wrogiem numer jeden naszego Krasnala.
Od rannej pobudki do zostawienia w ramionach cioci, słyszymy słowa niechęci Kaja do wyjścia z domu. O ile w domu i podczas podróży są to tylko słowa, o tyle przed budynkiem przedszkola zamienia się wszystko w istną burzę z krzykiem, piskiem, zanoszeniem się płaczem, rzucaniem po podłodze. My, jako rodzice, nie potrafimy kompletnie tego zrozumieć. Dwa pierwsze dnia przebiegły niemal rewelacyjnie, więc co się stało, że od poniedziałku nie możemy uspokoić i przekonać Krasnoludka do tego, aby nie płakał, bo my Go kochamy i na pewno po Niego wrócimy?
Codziennie, przez 5 dni płacz, podczas rozstania. Raz tylko płakaliśmy razem. Złamałam się i to był mój błąd. Pokazałam, że też się boję, że też tego nie chcę i może teraz ponosimy tego konsekwencje? Karcę się za każdą łzę, która płynęła w poniedziałkowy poranek po moim policzku. Teraz jestem twarda. Szybkie pożegnanie, buziak, informacja, kiedy i kto się pojawi i zostawiamy Krasnala płaczącego u cioci na rękach. Jak długo płacze, nie mam pojęcia, bo gdy Go odbieram nie ma już cioci, która była rano. Kilka dni było trochę marudzenia w ciągu dnia, niechęć do jedzenia i problemy ze spaniem. Unormowało się jednak, Kaj zaczął się przyzwyczajać. Ładnie dogaduje się z dziećmi, widać początek dobrej zabawy w grupie, nawet jeść pod koniec tygodnia zaczął, co najbardziej cieszy moje serce, pełne poczucia winy. W ciągu dnia płacz minął. Od środy go nie ma. Spokój w przedszkolu.
Moje wyobrażenia o dumnym, zadowolonym z nowego doświadczenia przedszkolaku prysły jednak jak bańka mydlana zaraz po dwóch pierwszych samotnie (wcale nie takich strasznych) spędzonych dniach w nowych warunkach i weekendzie. Początek tygodnia przyniósł nam coś, czego w ogóle się nie spodziewaliśmy - przedszkole stało się wrogiem numer jeden naszego Krasnala.
Od rannej pobudki do zostawienia w ramionach cioci, słyszymy słowa niechęci Kaja do wyjścia z domu. O ile w domu i podczas podróży są to tylko słowa, o tyle przed budynkiem przedszkola zamienia się wszystko w istną burzę z krzykiem, piskiem, zanoszeniem się płaczem, rzucaniem po podłodze. My, jako rodzice, nie potrafimy kompletnie tego zrozumieć. Dwa pierwsze dnia przebiegły niemal rewelacyjnie, więc co się stało, że od poniedziałku nie możemy uspokoić i przekonać Krasnoludka do tego, aby nie płakał, bo my Go kochamy i na pewno po Niego wrócimy?
Codziennie, przez 5 dni płacz, podczas rozstania. Raz tylko płakaliśmy razem. Złamałam się i to był mój błąd. Pokazałam, że też się boję, że też tego nie chcę i może teraz ponosimy tego konsekwencje? Karcę się za każdą łzę, która płynęła w poniedziałkowy poranek po moim policzku. Teraz jestem twarda. Szybkie pożegnanie, buziak, informacja, kiedy i kto się pojawi i zostawiamy Krasnala płaczącego u cioci na rękach. Jak długo płacze, nie mam pojęcia, bo gdy Go odbieram nie ma już cioci, która była rano. Kilka dni było trochę marudzenia w ciągu dnia, niechęć do jedzenia i problemy ze spaniem. Unormowało się jednak, Kaj zaczął się przyzwyczajać. Ładnie dogaduje się z dziećmi, widać początek dobrej zabawy w grupie, nawet jeść pod koniec tygodnia zaczął, co najbardziej cieszy moje serce, pełne poczucia winy. W ciągu dnia płacz minął. Od środy go nie ma. Spokój w przedszkolu.
Natomiast w domu, diabeł wcielony, rogi dwa razy takie jak On sam! Biega, piszczy, krzyczy, pluje, bije, poleceń nie słucha, na podniesiony głos płaczem reaguje. Nerwowy bardzo się stał. Przez dwie noce budził się i płakał, że do przedszkola iść nie chce, że ze mną albo z tatą do pracy pójdzie. Przed zaśnięciem to samo i jeszcze tłumaczy, że będzie płakał, z sali uciekał do mamy i taty.
Tłumaczyć można i milion razy, że mama z tatą w pracy, że ciocie będą się nimi zajmowały i że my wrócimy po Niego zaraz po pracy - nie działa. Nie chce do przedszkola iść i kropka. Walczy o swoje. Płaczem niestety wymusić próbuje, ale cóż. Twardym trzeba być i nie dać się ugiąć. Na płacz przestać zwracać uwagę, na Jego tłumaczenia odpowiadać "uhm" i starać się za każdym razem mówić o tym, co będzie fajnego w przedszkolu robił. Misia do przytulenia dać i pamiętać, aby do przedszkola ze sobą go zabrał.
Tłumaczyć można i milion razy, że mama z tatą w pracy, że ciocie będą się nimi zajmowały i że my wrócimy po Niego zaraz po pracy - nie działa. Nie chce do przedszkola iść i kropka. Walczy o swoje. Płaczem niestety wymusić próbuje, ale cóż. Twardym trzeba być i nie dać się ugiąć. Na płacz przestać zwracać uwagę, na Jego tłumaczenia odpowiadać "uhm" i starać się za każdym razem mówić o tym, co będzie fajnego w przedszkolu robił. Misia do przytulenia dać i pamiętać, aby do przedszkola ze sobą go zabrał.
Gdyby nie farba na moich włosach, pewnie poszłabym w ślady męża i przed 25-tymi urodzinami, byłabym siwa - tak bardzo się martwię. Próbuję dotrzeć do mojego dziecka. Wydawało mi się, że Go znam, że wiem czego Mu potrzeba, na czym Mu zależy i co zrobić, aby przebrnął przez nową sytuację z jak najmniejszą szkodą. Przeczytałam tysiące artykułów, wywiadów mądrych pedagogów i psychologów. Wcielam w życie. Szukam kolejnych, bo te nie działają. Przerzucam strony internetu w nadziei, że znajdę złoty środek - instrukcję obsługi 3-latka, który idzie do przedszkola. O zgrozo, nie ma takiego, który idealnie pasowałby do Kaja! Włosy z głowy rwę. W między czasie wycieram ślinę z podłogi i rozmasowuję policzek, bo Pierworodny odreagowuje. Co robić?
Kolejny tydzień nie zapowiada się lepiej, chociaż nie jest też najgorzej. Krasnoludek mówi, że do przedszkola pójdzie. Czasami stwierdza, że płakał nie będzie, czasami uważa, że będzie płakał do mamy i taty. Wiem, że ten drugi wariant nas czeka.
Matczyna intuicja mi podpowiada.
Ciężko przeciąć pępowinę, chociaż PM uważa, że to pora najwyższa.
Ciężko przeciąć pępowinę, chociaż PM uważa, że to pora najwyższa.
Ja do czasu awantur takie samo zdanie miałam, a teraz sama się miotam i nad przepaścią emocji stoję...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz