wtorek, 17 czerwca 2014

Czerwcowa sielanka.

Czasami mam wrażenie, że praca mojego męża to jakiś żart. Dosłownie. Czerwiec - trzeci miesiąc, w którym pracuje już na jednostce w Piasecznie, a drugi miesiąc, który prawie cały przesiedział w domu. Piąty i szósty miesiąc roku to zdecydowanie bardzo rozprężające miesiące, w których przychodzi Mu pracować góra dwa tygodnie w ciągu całych 30 dni. Niby nie powinnam narzekać, bo jest prawie cały czas w domu, a ja nie dostaję do głowy z Kajem, mało pieniędzy na dojazdy idzie, więc więcej możemy przeznaczyć na inne cele. Jest jednak też druga strona medalu. Gdy spędzasz z kimś, nawet z tą ukochaną osobą, zbyt dużo czasu i nie masz chwili na oddech dla siebie, zaczynasz wariować. Każda czynność drugiej osoby zaczyna drażnić, aż poziom irytacji przekracza wszelkie granice i nadchodzi chwila, w której wybuchasz, bo jest zbyt ciasno, zbyt duszno dla was obojga.
Do czwartku jeszcze siedzimy tyłek na tyłku. Piątek - praca, a później grafik pokaże jak się będziemy dogadywać. :) I przyjdzie czas, aby do przeprowadzki się zbierać. Mam nadzieję, że do końca czerwca się zbierzemy ze wszystkim i zadomowimy w nowym miejscu.






A tak poza tym, wczoraj przyszedł mi Lightroom 5. Początkowo byłam bardzo sceptycznie do niego nastawiona, ale gdy posiedziałam dziś przy nim dłużej stwierdzam, że bardzo mi podpasował! Opłacało się wydać te 500zł. :)

1 komentarz:

  1. A ja bardzo bym chciała się powkurwiać tak na drugą osobę...
    A co do Pawła to jest burakiem, wszyscy mieli rację ;) No i nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, nie ?
    Szkoda.. Ale może to lepiej.

    OdpowiedzUsuń