Koniec szalonego miesiąca.
Nasze życie nabrało strasznego tempa w ostatnim czasie, co zaczyna coraz bardziej mi ciążyć.
U mnie w biurze, tydzień temu, zwolniła się dziewczyna, jej obowiązki spadły na mnie. Niby nie ma tego dużo, ale na przełomie miesięcy nie wiem w co ręce włożyć. Wszyscy mają wobec mnie dzikie oczekiwania. Zaczęłam pracować na innym stanowisku, przybyło mi obowiązków, w związku z czym organizuję się według własnego uznania, według schematu, który ma mi pomóc w szybkim i bez pomyłkowym wykonywaniu powierzonej pracy. Jednak nie wszystkim to pasuje. Próbują narzucać własne racje, a gdy się "stawiam" słyszę wykład pod tytułem "dlaczego tak jak ja mówię byłoby lepiej". Wyobrażałam sobie sytuacje, w których Gośka odchodzi, a ja zostaję, ale nigdy nie myślałam o tym poważnie. Teraz, gdy moje wyobrażenia się spełniły, mam ochotę wszystkich tam poustawiać i zacząć kłócić się z każdym, kto spróbuje mnie "nakierować na właściwy tor pracy".
Wiem, że to tylko początek i będzie trudno. Gośka odeszła z dnia na dzień, nie przekazując żadnych informacji, pewnych rzeczy mnie nawet nie ucząc. Muszę kombinować z pomocą księgowej.
Po dzisiejszym dniu głowa mi pęka.
Zawsze resetowałam się przed komputerem, dziś po powrocie z pracy spędziłam dzień z Kajetanem. Doszły mi dodatkowe soboty, więc uczę się żyć bez komputera, internetu, wyznając zasadę - internet dodatkiem do życia, a nie na odwrót.
Mało czasu mamy dla siebie. Pan Mąż znów jest gościem we własnym domu.
Chcieliśmy tak wiele osiągnąć. Oboje myśleliśmy o tym, jak dobrze będzie, gdy pójdę do pracy. Rzeczywistość jest inna, bo tylko w jednej sferze jest dobrze - finansowej, reszta leży w gruzach.
Nie kochankowie, nie małżonkowie - znajomi. Życie ucieka nam przez palce, a my nie walczymy o to, aby mieć co wspominać, aby budować więzi. Mijamy się w kuchni, pokoju, śpimy obok siebie, a ja czuję nic. Nawet myśleć i tęsknić przestałam. Bywają dni, w których blask radosnych, rodzinnych chwil przyćmiewa szarość dni. Te chwile jednak mijają i wracamy do monotonni.
Znów kumuluje się we mnie wiele żalu, złości i pretensji, które wyleję na ślubnego przy najbliższej okazji.
Zbyt dużo mam na głowie. Dom, dziecko, praca; pilnuj żeby porządek był, pranie żeby było zrobione, naczynia pozmywane, lodówka zapełniona, szambo wypompowane, drzewo naniesione, żeby Krasnal się nie rozchorował, aby krzywdy sobie nie zrobił w drodze do i z przedszkola, aby zjadł, aby się wykąpał, aby zabawki posprzątał. A Pan Mąż? Pilnuje, aby mu dobrze internet działał i w telefonie i na komputerze, bo tyyyyyle filmów do obejrzenia.
U mnie w biurze, tydzień temu, zwolniła się dziewczyna, jej obowiązki spadły na mnie. Niby nie ma tego dużo, ale na przełomie miesięcy nie wiem w co ręce włożyć. Wszyscy mają wobec mnie dzikie oczekiwania. Zaczęłam pracować na innym stanowisku, przybyło mi obowiązków, w związku z czym organizuję się według własnego uznania, według schematu, który ma mi pomóc w szybkim i bez pomyłkowym wykonywaniu powierzonej pracy. Jednak nie wszystkim to pasuje. Próbują narzucać własne racje, a gdy się "stawiam" słyszę wykład pod tytułem "dlaczego tak jak ja mówię byłoby lepiej". Wyobrażałam sobie sytuacje, w których Gośka odchodzi, a ja zostaję, ale nigdy nie myślałam o tym poważnie. Teraz, gdy moje wyobrażenia się spełniły, mam ochotę wszystkich tam poustawiać i zacząć kłócić się z każdym, kto spróbuje mnie "nakierować na właściwy tor pracy".
Wiem, że to tylko początek i będzie trudno. Gośka odeszła z dnia na dzień, nie przekazując żadnych informacji, pewnych rzeczy mnie nawet nie ucząc. Muszę kombinować z pomocą księgowej.
Po dzisiejszym dniu głowa mi pęka.
Zawsze resetowałam się przed komputerem, dziś po powrocie z pracy spędziłam dzień z Kajetanem. Doszły mi dodatkowe soboty, więc uczę się żyć bez komputera, internetu, wyznając zasadę - internet dodatkiem do życia, a nie na odwrót.
Mało czasu mamy dla siebie. Pan Mąż znów jest gościem we własnym domu.
Chcieliśmy tak wiele osiągnąć. Oboje myśleliśmy o tym, jak dobrze będzie, gdy pójdę do pracy. Rzeczywistość jest inna, bo tylko w jednej sferze jest dobrze - finansowej, reszta leży w gruzach.
Nie kochankowie, nie małżonkowie - znajomi. Życie ucieka nam przez palce, a my nie walczymy o to, aby mieć co wspominać, aby budować więzi. Mijamy się w kuchni, pokoju, śpimy obok siebie, a ja czuję nic. Nawet myśleć i tęsknić przestałam. Bywają dni, w których blask radosnych, rodzinnych chwil przyćmiewa szarość dni. Te chwile jednak mijają i wracamy do monotonni.
Znów kumuluje się we mnie wiele żalu, złości i pretensji, które wyleję na ślubnego przy najbliższej okazji.
Zbyt dużo mam na głowie. Dom, dziecko, praca; pilnuj żeby porządek był, pranie żeby było zrobione, naczynia pozmywane, lodówka zapełniona, szambo wypompowane, drzewo naniesione, żeby Krasnal się nie rozchorował, aby krzywdy sobie nie zrobił w drodze do i z przedszkola, aby zjadł, aby się wykąpał, aby zabawki posprzątał. A Pan Mąż? Pilnuje, aby mu dobrze internet działał i w telefonie i na komputerze, bo tyyyyyle filmów do obejrzenia.
Takie dorosłe życie. Wcale nie jest różowo, cukierkowo, cudownie. Nawet, gdy pieniędzy masz w bród.
Bajm - O Tobie
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz