Byłam ślepa przez ostatnie miesiące. Nie widziałam dziecka, które było obok, które mnie potrzebowało, które pragnęło zainteresowania i miłości.
Dużo czasu zajęło mi dotarcie do miejsca, w którym obecnie się znajduję. Po drodze obijałam się o złość, żal, niezrozumienie i niechęć. Powoli docierało do mnie, że nie zasługuję na miano "mamy" i na to, co mam. Nie doceniałam tego szczęścia, które mnie otacza. Wszystko wydawało mi się takie normalne, nie nadzwyczajne, więc twierdziłam, że nie ma czym się zachwycać. Patrzyłam na te wszystkie cukierkowe blogi rodzicielskie i zadawałam sobie pytanie, na które od razu też odpowiadałam - "dlaczego ja się tak nie cieszę? bo moje dziecko jest niegrzeczne."Ale dlaczego to dziecko było niegrzeczne? Bo nie poświęcałam mu wystarczającej uwagi, bo mi się nie chciało, bo robiłam z siebie męczennicę własnej rodziny, własnego domu. Próbowałam to zmienić. Pierwsza próba, druga, trzecia. Jeden poradnik, drugi, piąty, dziesiąty. Aż w końcu się udało, ustaliłam priorytety, znalazłam siłę i radość ze zmiany. Spojrzałam na mojego syna i czułam ciepło w całym ciele. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów. Zaczęłam się cieszyć ze wspólnych rozmów, spacerów, zabaw na podwórku.
Wspólne spędzanie czasu przestało być bezsensowne.
Rozmawiamy, dużo i o wszystkim. Przestałam zbywać tysiące pytań, przestałam uciekać do bezcelowych czynności domowych, gdy słyszę prośbę o zabawę; brudne szklanki czy podłoga przecież nie uciekną. Tłumaczę, gdy trzeba, wyjaśniam, pokazuję. Nie krzyczę. Biegam, chowam się, rzucam piłką, jeżdżę samochodzikami (tego nienawidzę, ale jeżdżę), maluję farbami, rysuję kredkami, czytam książki, patrzę na bajki. Czerpię z tego radość.


A w zamian dostaję najpiękniejszy uśmiech na świecie, najsoczystszego buziaka pod słońcem, najmocniejszy uścisk na ziemi, najwspanialsze słowa "kocham cię mamuś", bukiety napotkanych kwiatów.
Nie wiem, jak mogłam nie dostrzegać wcześniej radości, jaka płynie z bycia z własnym dzieckiem. Przecież to właśnie dzieci wnoszą zapomniane uczucia bezinteresownej radości i miłości. Kajetan uczy mnie śmiania i zainteresowania otaczającym nas światem. Poznajemy wszystko od nowa, razem. Poznaję jego, jego potrzeby, przyzwyczajenia. Po czterech i pół roku czuję się przy nim, tak jakbym dopiero przyniosła go ze szpitala, ułożyła w łóżeczku i słuchała każdego kwilenia, zastanawiając się co oznacza. Zachwycam się napotkanym robakiem, ślimakiem, kwiatem rosnącym przy drodze, ptakiem skaczącym po płocie, słońcem wiszącym wysoko na niebie. Otaczają mnie kolory. Cieszę się zwykłą monotonią dnia codziennego, dokonując jednocześnie odkrycia. My wcale nie mamy niegrzecznego dziecka! Mamy w domu mądrego, kochanego, zaradnego małego mężczyznę. Wystarczyło poświęcić mu czas, aby obudzić pokłady dobrego.
 |
| maj 2016 |
 |
| maj 2016 |
 |
| maj 2016 |
|
 |
| maj 2016 |
|
 |
| maj 2016 |
|
 |
| maj 2016 |
 |
| maj 2016 |
|
 |
| maj 2016 |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz