Dawno nie pisałam. Brak czasu i bark chęci. Nie potrafiłam poukładać swojego życia i chaosu, który panował w mojej głowie. Upadałam, podnosiłam się, wierzyłam, że to już ostatni raz i zawsze się myliłam. Teraz chyba jest inaczej. Tak naprawdę inaczej. Nie upadam, omijam zdarzenia, które mogłyby złośliwie podstawić mi nogę, aby patrzeć jak po raz kolejny gryzę ziemię. Zdystansowałam się.
Przestałam się przejmować, analizować każdą sytuację, która miała miejsce. Zdałam sobie sprawę, że nie mogę brać życia tak na poważnie, bo przecieka mi ono przez palce, a ja nie odczuwam w ogóle radości.
Zbyt często wyliczałam ile z siebie daję, kalkulowałam na chłodno, dodawałam, odejmowałam, porównywałam, sprawdzałam wynik. Znikła moja bezinteresowność. Krzyczałam o pobudkach o 4, nieposprzątanym mieszkaniu, dziecku niegrzecznym, braku pomocy, nieobecności ciągłej, o pieniądzach, których co miesiąc było mi mało. I wreszcie zdałam sobie sprawę, że już tak dłużej nie chcę, że przecież kiedyś byłam inna, że teraz to na pewno nie ja. Przecież jesteśmy dorośli, na co się wiec złościłam? Przecież to, jak wygląda nasze życie było naszą decyzją, zgodziłam się na wszystko biorąc na barki odpowiedzialność w chwili zobaczenia dwóch kresek. Za co więc karałam jego? Jesteśmy w tym oboje. Nikt nas do tego nie zmuszał, nikt nie wyznaczał celi i nie podejmował za nas decyzji, których realizacja w pewnych momentach wydaje mi się zbyt trudna i bezsensowna.
Przez ostatni czas żyłam u boku mężczyzny, doszukując się w nim wad. Łapałam się tych niedoskonałości i wyciskałam je do ostatniej kropli. Każdego dnia toczyłam wojnę z samą sobą, z całym światem. Żyłam z nim, a w głowie miałam gotowy plan ucieczki. Wątpiłam w niego, wątpiłam w naszą miłość. W ostatnim czasie zdałam sobie sprawę, że już nie wątpię, nie szukam, nie wymyślam. Zrozumiałam, że już nie ma we mnie żadnego sprzeciwu ani chęci walki; że jedyny plan jaki mam, to nasz, wspólny na resztę życia.
Przez ostatni czas żyłam u boku mężczyzny, doszukując się w nim wad. Łapałam się tych niedoskonałości i wyciskałam je do ostatniej kropli. Każdego dnia toczyłam wojnę z samą sobą, z całym światem. Żyłam z nim, a w głowie miałam gotowy plan ucieczki. Wątpiłam w niego, wątpiłam w naszą miłość. W ostatnim czasie zdałam sobie sprawę, że już nie wątpię, nie szukam, nie wymyślam. Zrozumiałam, że już nie ma we mnie żadnego sprzeciwu ani chęci walki; że jedyny plan jaki mam, to nasz, wspólny na resztę życia.
Dziś patrzę na niego zupełnie inaczej. Widzę w nim ojca mojego dziecka, mężczyznę, z którym spędzę każdy kolejny dzień swojego życia. I choć nie zwierzę mu się ze wszystkiego, to wiem, że gdy będzie źle, jego ramiona czekają na moje łzy.
Za nami prawie sześć lat wspólnego życia. Wojny. Porażki. Bomby atomowe. Ale nadal trwa.
I spełnia moje marzenia o pełnej rodzinie. A ja chcę, znów go w sobie rozkochać i być dla niego całym światem.
![]() |
| maj 2016 |

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz