Brakuje mi godzin w dobie. Zwłaszcza tych, które mogę przeznaczyć wyłącznie na własne potrzeby.
Awansowałam, dostałam podwyżkę, czas pędzi jak szalony. W pracy ciągle coś, nie ma kiedy pomyśleć o nudzie. Wracam do domu, późna pora. Ledwie zrobię obiado-kolację, rozpalę w kominku, już trzeba szykować się do łóżka.
Kajetan stał się bardzo absorbujący, a do tego niegrzeczny i nawet wulgarny. Zdarzają się dni, w których jest chodzącym aniołkiem, jednak przez większość czasu diabeł ze skóry mu wychodzi. Potrafi krzyczeć na nas na środku ulicy, mówić do nas brzydkie słowa, potrafi uderzyć, opluć, uciekać, wymuszać płaczem, udawać, że robimy mu krzywdę. Wszystko, co złe, aby tylko zwrócić na siebie uwagę i zmusić nas do tego, abyśmy stali się ulegli. Moja/nasza wina. Zbyt dużo swobody, zbyt mało obowiązków, zawsze miał, co chciał. Jednak teraz zdecydowanie przesadza. Zaczynam wprowadzać kary. Dziś dostał zakaz słodyczy do końca weekendu za krzyki w moim kierunku "zamknij się!". Koniec tego dobrego. Koniec rozpieszczania, bo naprawdę przestałam sobie z nim radzić. Tak, było łatwiej dać słodycze, włączyć bajkę, kupić zabawkę, niż poświęcić mu swój czas, którego i tak jest mało. Było łatwiej, bo czuję się bardzo przemęczona. Mimo wszystko to nie powinno być moją wymówką. Gdzie nie spojrzę, czytam o cukierkowym macierzyństwie, o tym jak cudownie być matką, jak wspaniale czuć miłość rodzicielską. Zastanawiam się ile w tym wszystkim jest prawdy, a ile kłamstwa, bo kobiety boją się przyznać do tego, że bycie rodzicem nieplanowanego dziecka wcale nie jest łatwe. Dlaczego napisałam o nieplanowanym dziecku? Chociażby dlatego że w wyniku "wpadki" zawsze gdzieś z tyłu głowy zostaje myśl "fajnie byłoby bez niego". Za kilka/kilkanaście lat na pewno będę wstydziła się swoich słów, ale mam przebłyski chęci zamknięcia za sobą drzwi, zostawienie tego wszystkiego i ucieczkę gdzieś najdalej jak się da. Niby mam męża, niby moje dziecko ma ojca, ale tak naprawdę jesteśmy sami ze sobą. Ja i dzieć. Ojciec ciągle w pracy, a gdy wraca ma "sprawy ważniejsze" i odpoczynek. My z Kajetanem mamy siebie dosyć. Nie ma chwili, aby od siebie odpocząć, zatęsknić, poczuć od nowa więź. Jestem przemęczona jego niegrzecznym zachowaniem, a on ciągle złości się o moje zakazy/nakazy/upominania. Oboje mamy dosyć porannego wstawania i dnia, który ciągnie się w nieskończoność. Praca strasznie zmieniła nasze życie. W pewnym stopniu skomplikowała, oddaliła nas od siebie. Można doszukiwać się pozytywów - robię to nawet, ale to nie zmienia faktu, że jestem na granicy wytrzymałości psychicznej. Fizycznej w sumie też. Działam jak motorek, a w pewnym momencie, po kolejnym "nienawidzę cię", "jesteś głupia", "nie kocham cię", po kolejnym policzku, kopnięciu czy plunięciu prosto w oko, po kolejnych zostawionych brudnych ubraniach na środku pokoju, stercie naczyć w zlewie, widoku męża przed telewizorem, kiedy wokół tornado przeszło, krzyczę w środku "wysiadam, dalej nie jadę tym".
Mówią rozmawiać, dużo rozmawiać. Nasze rozmowy nie skutkują, a ja przestaję mieć nadzieję, że kiedykolwiek coś się zmieni i przestanę być sama, gdy u boku mam męża.
Awansowałam, dostałam podwyżkę, czas pędzi jak szalony. W pracy ciągle coś, nie ma kiedy pomyśleć o nudzie. Wracam do domu, późna pora. Ledwie zrobię obiado-kolację, rozpalę w kominku, już trzeba szykować się do łóżka.
Kajetan stał się bardzo absorbujący, a do tego niegrzeczny i nawet wulgarny. Zdarzają się dni, w których jest chodzącym aniołkiem, jednak przez większość czasu diabeł ze skóry mu wychodzi. Potrafi krzyczeć na nas na środku ulicy, mówić do nas brzydkie słowa, potrafi uderzyć, opluć, uciekać, wymuszać płaczem, udawać, że robimy mu krzywdę. Wszystko, co złe, aby tylko zwrócić na siebie uwagę i zmusić nas do tego, abyśmy stali się ulegli. Moja/nasza wina. Zbyt dużo swobody, zbyt mało obowiązków, zawsze miał, co chciał. Jednak teraz zdecydowanie przesadza. Zaczynam wprowadzać kary. Dziś dostał zakaz słodyczy do końca weekendu za krzyki w moim kierunku "zamknij się!". Koniec tego dobrego. Koniec rozpieszczania, bo naprawdę przestałam sobie z nim radzić. Tak, było łatwiej dać słodycze, włączyć bajkę, kupić zabawkę, niż poświęcić mu swój czas, którego i tak jest mało. Było łatwiej, bo czuję się bardzo przemęczona. Mimo wszystko to nie powinno być moją wymówką. Gdzie nie spojrzę, czytam o cukierkowym macierzyństwie, o tym jak cudownie być matką, jak wspaniale czuć miłość rodzicielską. Zastanawiam się ile w tym wszystkim jest prawdy, a ile kłamstwa, bo kobiety boją się przyznać do tego, że bycie rodzicem nieplanowanego dziecka wcale nie jest łatwe. Dlaczego napisałam o nieplanowanym dziecku? Chociażby dlatego że w wyniku "wpadki" zawsze gdzieś z tyłu głowy zostaje myśl "fajnie byłoby bez niego". Za kilka/kilkanaście lat na pewno będę wstydziła się swoich słów, ale mam przebłyski chęci zamknięcia za sobą drzwi, zostawienie tego wszystkiego i ucieczkę gdzieś najdalej jak się da. Niby mam męża, niby moje dziecko ma ojca, ale tak naprawdę jesteśmy sami ze sobą. Ja i dzieć. Ojciec ciągle w pracy, a gdy wraca ma "sprawy ważniejsze" i odpoczynek. My z Kajetanem mamy siebie dosyć. Nie ma chwili, aby od siebie odpocząć, zatęsknić, poczuć od nowa więź. Jestem przemęczona jego niegrzecznym zachowaniem, a on ciągle złości się o moje zakazy/nakazy/upominania. Oboje mamy dosyć porannego wstawania i dnia, który ciągnie się w nieskończoność. Praca strasznie zmieniła nasze życie. W pewnym stopniu skomplikowała, oddaliła nas od siebie. Można doszukiwać się pozytywów - robię to nawet, ale to nie zmienia faktu, że jestem na granicy wytrzymałości psychicznej. Fizycznej w sumie też. Działam jak motorek, a w pewnym momencie, po kolejnym "nienawidzę cię", "jesteś głupia", "nie kocham cię", po kolejnym policzku, kopnięciu czy plunięciu prosto w oko, po kolejnych zostawionych brudnych ubraniach na środku pokoju, stercie naczyć w zlewie, widoku męża przed telewizorem, kiedy wokół tornado przeszło, krzyczę w środku "wysiadam, dalej nie jadę tym".
Mówią rozmawiać, dużo rozmawiać. Nasze rozmowy nie skutkują, a ja przestaję mieć nadzieję, że kiedykolwiek coś się zmieni i przestanę być sama, gdy u boku mam męża.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz