Nie było dobrze w ostatnim czasie. Staliśmy na krawędzi. Widzieliśmy przepaść, od której dzielił nas jeden krok.
Rezygnowaliśmy z siebie, z naszej rodziny, z tego co z uporem maniaka tworzyliśmy przez ostatnie pięć lat.
I w pewnym momencie, gdy już sił zabrakło, zawiał wiatr. Odepchnął nas od krawędzi. Dał nam drugie życie.
Pozwolił na nowo odkrywać wspólne chwile.
Tym wiatrem był On. Mały, gadatliwy, pełny życia, niebieskooki, blondynek.
Zrozumieliśmy, że dla Niego nie możemy w tą przepaść skoczyć, nie możemy zrezygnować z nas.
Dla Niego odrzuciliśmy dziecinne zagrywki i spojrzeliśmy dorośle na to, co nas otacza.
Początek roku przyniósł nam wiele nowych doznań i obowiązków.
Nie potrafiliśmy na początku się w tym odnaleźć. Błądziliśmy. Ślepo wierzyliśmy, że przecież nic się nie zmieniło.
Tak naprawdę zmieniło się wszystko.
Zmieniliśmy się my, zmieniło się nasze życie, zakres obowiązków, oczekiwania wobec siebie.
Zmieniły się plany na przyszłość, zmieniły się cele, zmieniła się droga, którą zaczęliśmy podążać.
Zmieniły się nasze priorytety.
Zaczęliśmy od początku. Oczyszczeni, ramię w ramię.
Wszystko, co robimy, robimy razem dla nas, dla naszego dziecka. Nasza rodzina stała się dla nas najważniejsza.
Zaczęliśmy rozmawiać, mówić o tym, co nas boli, o tym, czego oczekujemy od drugiej osoby.
Nie pozwalamy, aby negatywne emocje piętrzyły się niewypowiedziane.
Żyjemy razem, wspierając się wzajemnie, ciesząc z tego co mamy, nie patrząc na innych, zamykając rozdziały z przeszłości.
Chciałoby się rzec - jest idealnie, ale po co koloryzować? Zdarzają się spory o nieposprzątany dom i cały dzień przeleżany na kanapie. Kłótnie o błahostki, które nieświadomie powodują, że depczemy nasze szczęście. Bywa, że o tym szczęściu zapominamy, a gdy emocje opadną zakopujemy się w swoich ramionach, aby odkrywać je na nowo.
Zadziwiamy siebie. Wiele razy upadamy, aby znów powstać i starać się być lepszymi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz