niedziela, 26 lipca 2015

Jak to jest...

... z tą moją wiarą w Boga?
Kiedyś byłam bardzo wierzącą osobą. Co tydzień w kościele, w pierwszej ławce, częsta spowiedź, wszystkie możliwe nabożeństwa, branie czynnego udziały w mszy i życiu naszej wspólnoty.
Nie wyobrażałam sobie niedzieli nie rozpoczętej mszą. Najlepiej było, gdy miałam śpiewać psalm.
Nie było wymówek, marudzenia, narzekania, niechęci. Przyjemny obowiązek.
Zmieniło się, gdy zaszłam w ciążę. Przestałam tolerować te wszystkie twarze skupione na moim brzuchu, a nie na słowach księdza. Uderzał mnie widok kobiet, które na ulicy nie odpowiadały mi "dzień dobry", a w każdą niedzielę pierwsze przed ołtarzem i do komunii. Czczenie bliźniego w dziwny sposób. Im bliżej rozwiązania, tym rzadziej ja przekraczałam próg kaplicy.
Konrad dodatkowo podsycał iskierkę niechęci. U nich w domu nie byli nauczeni modlitwy, chodzenia do kościoła, przystępowania do spowiedzi. Jeden ojciec co niedziela w kościele, ale on dla nich nie był żadnym wzorem, żadną motywacją.
Urodził się Kajetan. Pojawialiśmy się z nim w kościele odkąd skończył pół roku. Nie chodził, nie marudził, można była skupić się na mszy. Zaczęliśmy myśleć o chrzcie. W sumie to ja bardziej.
Byłam u siebie w parafii - odmówili mi, byłam w  innej ta sama sytuacja. Zrezygnowałam i chyba właśnie wtedy najbardziej zwątpiłam, najbardziej się zniechęciłam. Nigdy nie powiedziałam, że nie wierzę w Boga, nigdy nie stwierdziłam, że Go nie ma; może raz, gdy do naszych drzwi zapukali Świadkowie Jehowy. Skłamałam dla świętego spokoju. Wierzyłam w Boga, ale przestałam akceptować instytucję kościoła, przestałam akceptować księży i ład jaki panuje w naszej wierze.
Nie potrafię powiedzieć, kiedy dokładnie niechęć we mnie urosła do tego stopnia, że przestałam pojawiać się w kościele. 
Nie wiem czy to było przy załatwianiu chrztu, czy podczas przygotowań do ślubu, gdzie usłyszeliśmy, że zbyt mało dajemy w kopercie, oni tyle nie wezmą i mamy dozbierać.
Nawarstwiało się wszystko we mnie. W międzyczasie w mediach mówiło się o księżach pedofilach, księżach, którzy nie chcieli udzielić sakramentów, bo w kopercie mało.
Zrezygnowałam z kościoła, ale nie zrezygnowałam z wiary w Boga. 

Byłam na skraju załamania, stałam na peronie, patrzyłam na nadjeżdżający pociąg. Zastanawiałam się - skoczyć, czy wsiąść? Spojrzałam w niebo, cofnęłam się od krawędzi. Wysiadłam w mieście obok, a nogi same poprowadziły mnie do kościoła. Nie byłam na całej mszy, nie skupiałam się na tym co dzieje się wokół mnie. Modliłam się po swojemu, prowadziłam monolog. 
Ulżyło mi.
W modlitwie prosiłam Boga o siłę i On tej siły mi dodał. Nie kościół, nie msza, w której praktycznie nie uczestniczyłam, Bóg.
Po tamtej sytuacji zaczęłam więcej myśleć o tym jak to naprawdę ze mną jest?
Doszłam do wniosku, że nasza wiara jest dosyć dziwnie zbudowana. Zbudowana jest na strachu. 
Wiara chrześcijańska straszy własnych wyznawców i jest zapętlona we własnym regulaminie.
Z jednej strony mówi - Bóg dał ci wolną wolę, z której Ty możesz skorzystać przy podejmowaniu decyzji i tylko Bóg może Cię osądzić, z drugiej krzyczy, że jeśli wybierzesz drogę złą, zostaniesz potępiony, a ksiądz nie da Ci rozgrzeszenia.
Wiele zakazów, nakazów, instrukcji odnośnie życia.
I gdy patrzy się na to wszystko z boku, bez emocji, stwierdza się, że jednak człowiek nie ma wyboru i wolnej woli. Musi żyć tak, jak mówią mu Biblia i księża, a jeśli odbiega od wytyczonych norm, popełnia grzech. 
A ja nie jestem pewna, czy takiej wiary chcę i potrzebuję.
Jestem człowiekiem wolnym, mam swoje zdanie na temat tego, jak ma wyglądać moje życie. Ja decyduję co jest dla mnie dobre, a co złe. Wierzę w Boga, w tego, którego poznałam dzięki rodzicom, lekcjach religii w szkole. Mam wszystkie sakramenty, dwa lata temu wzięłam ślub kościelny, ochrzciłam dziecko, ale do kościoła chodzić przestałam. Nie modlę się regułkami wykutymi na pamięć z katechizmu. Wierzę po swojemu, przekazuję Bogu swoje myśli, dziękuję, przepraszam. Tego samego uczę Kajetana. 

Marny ze mnie chrześcijanin, bo z całej doktryny wybieram tylko to, co mi odpowiada, czyli życie bez strachu, ale za to z nadzieją, że Bóg jest miłosierny i naprawdę dał mi wolną wolę, abym o sobie decydowała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz